piatkosia2010 blog

Twój nowy blog


No cóż, jestem blondynką ze wszystkimi konsekwencjami tego. Dnia 8.09.2010 zaplanowałam sobie kompilację jajka. Więc 7 cały dzień (no prawie) ciągłam z kernel.org source najnowszego stabilnego jajka. 9 przystąpiłam do kompilacji, czytając wcześniej sporo na ten temat. Idąc za radą jednego z bardziej doświadczonych kolegów (na forach też pisało podobnie) zaimportowałam .config z poprzedniego jaja. No i podołączałam, to co trzeba (reszty nie ruszając, to była moja dziewicza kompilacja przecież). Skąd wiedziałam co trzeba? Ano miałam takie źródła:

  • - programik hardinfo (system information) i wygenerowany przez niego raport w html’u
  • - wyniki ze strony http://kmuto.jp/debian/hcl/ po wklejeniu wyniku polecenia # lspci -n
  • - wyniki komendy lspci -k >sprzęt
  • - wyniki komendy lsmod >moduły

No i make xconfig. Pluł się że nie mam qt, więc zainstalowałam, korzystając z synaptica. Dlaczego? Ponieważ nie chciałam już się wgłębiać jakie pakiety są mi potrzebne. ctrl+f i jazda.
Po instalacji komenda już działała prawidłowo. To co zobaczyłam trochę mnie zdziwiło. To na prawdę mogę zdecydować co mój system będzie obsługiwał i jak będzie działał? Hmm, ale co oznaczają te wszystkie wpisy?
I tak ktoś z tytułem Technika Informatyka dowiaduje się, że na temat własnego sprzętu wie relatywnie niewiele. Zaznaczyłam tyko to, co mi wyszło z wyników powyżej, nie zmieniając nic poza tym (no przecież config powinien dziaałać).
No to zabieram się za kompilację. Jako że bezpieczniej było zrobić to debian-way (mam debian lenny, mam w zasadzie używać jedynie stable, bo jestem początkująca, wolę by ktoś wcześniej miał podobne problemy), wydałam w terminalu komendę

fakeroot make-kpkg –initrd –append-to-version=-piatkosia kernel_image kernel_headers

No i poczekałam sporo czasu. I zonk. Skubaniec wypluwał coś takiego na konsolę.
====== making target debian/stamp/install/linux-image-2.6.35.4 [new prereqs: ]======
This is kernel package version 11.015.
echo „The UTS Release version in include/linux/version.h”; echo „       „” „; echo „does not match current version:”; echo „       „2.6.35.4″ „; echo „Please correct this.”; exit 2
The UTS Release version in include/linux/version.h
       „”
does not match current version:
       „2.6.35.4″
Please correct this.
make[1]: *** [debian/stamp/install/linux-image-2.6.35.4] Błąd 2
make[1]: Opuszczenie katalogu `/home/piatkosia/Desktop/jajo/linux-2.6.35.4′
make: *** [linux-image] Błąd 2

No ładnie. Pewnie coś popsułam. Zastanawiałam się tylko co. Próbowałam jeszcze raz kompilować, zmieniać ustawienia, przenosić źródła do /usr/src, co ja jeszcze kombinowałam. No dobra, po 6 kompilacji odpóściłam. Byłam offline, znikąd pomocy, przecież ludzi nie będę budzić. Kogo nie pytałam, dawał mi standardową odpowiedź admina nr 1 (przypomnę: „U mnie działa”), albo proponował mi przejście na windows (którego z resztą również używam, jako że chcę wyrobić w sobie niezależność od platformy systemowej).

Nadszedł 9.09. Postanowiłam zapytać na kanale. (Czemu nie zapytałam wyszukiwarki? Chodzi o jakieś nawiązanie kontaktu. Tak to jest chwilę o czym mówić, i ktoś poczuje się chwilę potrzebny. Sama lubię pomagać innym jak coś wiem. Następnie zajrzałam do google. Po przeleceniu x tematów okazało się, że wina nie leży w błędzie kompilacji, a w pakiecie kernel-package, konkretnie w jego wersji 11.015. Znalazłam w sieci patch na ten problem.
No to zassałam http://ubuntuforums.org/attachment.php?attachmentid=150800&d=1269121765 ten pliczek i zrobiłam to co napisali.
apt-cache policy kernel-package
cd /usr/share/kernel-package
 sudo cp -v ruleset/misc/version_vars.mk{,.orig}
sudo cp -v ruleset/targets/common.mk{,.orig}
patch -p1 -i /home/piatkosia/Desktop/kernel-package-11.015-2.6.34.patch.txt
No i ten sam błąd. Jak na złość.
Nic, tylko weszłam na debian org i skorzystalam z wyszukiwarki pakietów i pobrałam wersję dla sida chyba czy squeze (or sth). Link bezpośredni do pakietu poniżej:
http://ftp.pl.debian.org/debian/pool/main/k/kernel-package/kernel-package_12.036_all.deb

To rozwiązało powyższy problem i miałam już upragnione pliki deb z kernelem oraz headersami. Na virtualnej działały, odbębniłam więc zwycięstwo, nie będąc świadomą, że zabawa dopiero się zaczyna, a jej wynik będzie dopiero za 2 dni.
No to jak działa, heja $su
hasło: (nie było tu nic widać)
ścieżka# dpkg -i *.deb
Nie chciało mi się pisać nazw. Miałam tylko 2 debpaczki w folderze, więc to w zupełności wystarczyło.
Paczki się zaistalowały, reboot, kernel panic.
No jasne, to było do przewidzenia. No ale kto powiedział, że tak szybko uda mi się to prawidłowo zrobić? Ale się nie poddam. Kartka, długopis, zapisałam to co wypluwał kochany dmesg. Jako że nie lubię obrazków przy ładowaniu, nie mam nigdy żadnego splasha przy bootowaniu.
Brzmiało to mniej więcej tak „Unable to mount root fs on unknown-block(0,0)” i miało związek (jak przeczytałam) z błędami w bootloaderze.
Patrząc na wpisy w /boot/grub/menu.lst (bo mnie straszyli że grub2 jest ciężki w konfiguracji, wybieram 1 przy instalacji) zobaczyłam, że w linijce z nowym kernelem (konkretnie w 2 linijkach, bo 1 na single)
nie ma wpisu o initrd. No to kaplica. Nie mam sieci, czekam do jutra. Nadszedł już 10 dzień.
Wbiłam ja w sieć, w celu poszukiwania wszelkich informacji o tym. Przy okazji dowiedziałam się co to jest i do czego służy. To coś działa w ramie, zwiększając użyteczność jaja, dołączając do niego moduły i takie tam. Pełno info w sieci na ten temat. Nie będę się rozpisywać. Znalazłam w końcu komendę, która mi go wygeneruje.
 mkinitrd -o /boot/initrd.img-2.6.35.4
Ojć… bash: mkinitrd: command not found
No tak. Ładnie
No ale nieustraszona linux-userka wykonuje komendę as root
apt-get install mkinitrd

no i co widzę?
Czytanie list pakietów… Gotowe
Budowanie drzewa zależności       
Odczyt informacji o stanie… Gotowe
E: Nie udało się odnaleźć pakietu mkinitrd

Faaajnie, zajebioza. Już traciłam nadzieję, ale odruchowo wykonałam mk[tab][tab]
efekt:
mkbimage          mkfs.cramfs       mkinitramfs-kpkg  mkswap
mkboot            mkfs.ext2         mkisofs           mktemp
mk-build-deps     mkfs.ext3         mklost+found      mktexfmt
mkdir             mkfs.ext4         mkmanifest        mktexlsr
mke2fs            mkfs.ext4dev      mk_modmap         mktexmf
mkfifo            mkfs.minix        mknod             mktexpk
mkfontdir         mkgraticule.py    mkocp             mktextfm
mkfontscale       mkhybrid          mkofm             mkzftree
mkfs              mkindex           mkpasswd          
mkfs.bfs          mkinitramfs       mksmbpasswd       

yyy ten mkinitramfs wygląda conajmniej podejrzanie. No to manem go. Okazuje się, że właśnie tego szukam. Więc wykonałam

mkinitramfs -o /boot/initrd.img-2.6.35.4
No teraz tylko edycja /boot/grub/menu.lst i powinno banglać.
(dopisanie przy jajkach linijki
initrd          /boot/initrd.img-2.6.35.4
)
No i reboot.
No jasny gwint. Nie będę za każdym razem czekała 10 minut aż mister Debian łaskawie się odpali.
Komunikat w trakcie waitania był mniej więcej taki. (napisałam sobie na kartce)
Begin:
running /script/local-top…blablabla
FATAL: Could not load /lib/modules/2-6…/modules.dep
Begin: waiting for root file syetem.
Szukałam błędu. Niby wina initrd. Dalej więc szukam. Ale nie to okazało się przyczyną.
Po prostu konfiguracja z 2.6.26.2 nie bardzo lubiała się z 2.6.35.4 no i wiecie, mogłam sobie modyfikować, ale jak DEPRACHED (czy jakoś tak) spotykały się z EXPERIMENTAL, musiały się gryźć. Chodziło o obsługę dysków pewnie.
Mamy już 11 dzień. Znowu szukam problemu. Okazało się, że wina leży zaś nie po mojej stronie, a po stronie konfigów kernela tamtego. Jak leciałam „od nowa”, on domyślnie i tak ją brał.
Rozwiązanie znalazłam na stronie http://kernel.xc.net/ tam dowiedziałam się jak powinien wyglądać config, że domyślnie bierze stary, a jak chcemy nowy, to jest on w
folder_z_source/arch/x86(lub inna architektura)/configs
tam są pliki dla 32 i 64 bitowej konfiguracji. I taką ścieżkę w xconfie podajemy żeby wczytał.  Dodajemy/modyfikujemy co trzeba według informacji podanych wcześniej. Zapisujemy do pliku .config w folderze ze źródłami, kompilacja jak powyżej. Instalacja paczek i śmiga. Żadnego czekania.
Szkoda tylko, że moje stery nvidii nie chcą się przeinstalować dla nowego kernela. Z tym że wszyscy mają problem. Widziałam jedno rozwiązanie, które polegało na modyfikacji kodu. Spróbuję go w najbliższym czasie. Na razie korzystam z iksów z driverem nvidii na starym jaju, a przed wejściem na nowe zmieniam na nv. No cóż, openGL i compiz fusion na nowym jajku to dopiero przyszłość. Na razie cieszę się z tego co mam.
Chciałabym podziękować tym, którzy służyli mi radą w tym trudnym dla mnie czasie. W szczególności (podaję nicki pod jakimi te osoby się pojawiają na #listekklonu):

  • -drummachinie
  • -lzsk’owi
  • -nikowowi
  • -kodxowi
  • - i tym co mieli podobny problem i dzięki nim znalazłam wpisy w sieci.


No dobra, sporo tego. Na szczęście już koniec. Operacja zakończona powodzeniem.
Cieszę się że nie poszło mi od razu. Sporo się nauczyłam. Wiecie jakie to fajne uczucie? To jak wejść na szczyt góry, czy latarni. Można użyć windy, wyciągu, kolejki, czego tam jeszcze. Ale można wejść na pieszo. Widoki te same, ale satysfakcja większa. Kurka, poniosło mnie lekko.

Mam zamiar koło listopada założyć radyjko. Nazwa jak w temacie, może się zmieni. Bynajmniej nie będzie ono przesycone muzyką. Znaczy będzie muza, ale chciałabym żeby sporo gadania było. Tematyka będzie mniej więcej wiadoma, ramówkę się w trakcie ułoży. Ale raczej będziemy nadawać w popołudnia i weekandy. Postaram się zapraszać na „antenę” ciekawych ludzi. Może znajdą chwilę czasu, kto wie. Jak wstępnie pytałam ludzi, czy by dołączyli coś od siebie, byli na tak. I mam takie pytanie. Czy ktoś z Was chce dołączyć?
Główne zagadnienia
- Wolność
- Prawda
- Open Source
- Bezpieczeństwo
- IT ogólnie
- Może trochę filozofii raz na kiedyś.

Postanowiłam opisać jeden programik, który mi ułatwia życie. A mianowicie APTonCD.
Jako że jestem dialupowa, zależy mi na tym, by mieć aktualizacje offline. Oczywiście mam dostęp do /var/cache/apt/archives. Wystarczyłoby zostawić ją i nie formacić. Jednak jest pewien problem. Po czasie zbiera się ich trochę, są też starsze wersje… Dlatego wykonanie dpkg -i *.deb (bo istnieje tam podfolder partial i nie ma się instalować) nie jest najlepszym pomysłem. Poza tym: są tam też programy, które tylko testowaliśmy, a w nowym systemie nie potrzebujemy tego. W programie tym zaś wybieramy, czy chcemy załączać starsze wersje czy też nie (domyślnie się nie załączają). Możemy wybrać, czy ma zachować zależności, wybrać nazwę pliku i rodzaj nośnika. Ciekawą opcją jest dodanie meta-pakietu, używanego przez managera pakietów apt-get i pochodnych (synaptic, aptitude, gdebi, i inne). Obsługa programu jest intuicyjna. Program pobiera automatycznie paczki z /var/cache/apt/archives , możemy także dodać te, które są w innej lokalizacji za pomocą sporego buttona „dodaj pakiet”. Jeżeli pakietów okaże się zbyt dużo, to nam ładnie podzieli. Następnie zostanie wygenerowany plik iso, który można normalnie wypalić. Po wypaleniu dodajemy do repo jak inne płytki (zwykle robię to synaptic’iem).

No więc tak. Planuję w roku 2011 również zorganizować ITCamp (wiem, miałam tego nie robić, ale …).
Koncepcja się lekko zmieni, podobnie jak czas trwania. Miejsce też może się zmienić, o ile ludzie będą chcieli.
Nadal będzie można uczestniczyć w imprezie dopiero od 16 roku życia. To pozostaje bez zmian. Osoby młodsze będą mogły tylko pod warunkiem, że wezmą ze sobą rodziców, lub inne osoby, przez nich wyznaczone, na piśmie oraz oświadczeniu, że nie my będziemy za nich odpowiadać.
Czas trwania to 2 tygodnie, ale będzie „elastyczny”. Co to oznacza? Ano tyle, że każdy będzie mógł w procesie rejestracji wybrać kiedy i na ile przyjeżdża. Wiadomo jak jest. Różne terminy pasują różnym osobom.
Kolejna sprawa. Postaram się, by w tym roku, termin nie pokrył się z innymi obozami i imprezami o podobnej tematyce. Miałam 3 zgłoszenia od osób, które właśnie z tego powodu podziękowały.
Co do trenerów, nie będziemy robili typowych „call of papers”. Każdy, kto ukończył 18 rok życia (no chyba ze znajdzie się ktoś młodszy), może zdecydować się nawet w ostatniej chwili, że chce się kawałkiem swojej wiedzy podzielić. No, chyba że ma jakieś wymagania co do sprzętu, to tak na miesiąc- dwa wcześniej, bo takie rzeczy trzeba załatwić. Organizacja w zeszłym roku trwała od lutego.
Co do koncepcji:
Oczywiście nadal króluje koncepcja, że nie płacimy nikomu za treningi etc. No, chyba że znajdziemy wystarczającą ilość sponsorów. Ale nie liczcie na cache. Co najwyżej zaświadczenie o wolontariacie wydamy. Jak się uda zebrać 16 osób, stworzymy stowarzyszenie ds. rozwoju IT w Polsce czy jakoś inaczej ładnie to nazwiemy. A co się ze stowarzyszeniem wiąże, każdy wie.
W tegorocznej edycji stawiamy na rodzinę i przyjaciół. Znaczy: jedziesz? Zabierz innych ze sobą. Ty się poczujesz bezpieczniej, mniej samotnie, zaś oni poznają, że nie ma się czego bać. Może dołączymy do zabaw z Informatyką również zabawy z elementami kryptografii czy tam zabaw terenowych (nawiąże się kontakt z jakąś drużyną harcerską w tym celu). Będziemy też mogli podszkolić swoje umiejętności dziennikarskie (no choćby po to, by lepsze arty pisać) czy pobawić się w kabaret (czas będzie), pokazując scenkę ludziom z zewnątrz. Czasu będzie wystarczająco dużo. Do tego jakieś dyskoteki/ogniska wieczorami w celu jeszcze lepszej integracji. No ja wiem, pozostając za oknem jest bezpieczniej, ale to jak lizanie lizaka przez papierek.
Cena: jak w roku ubiegłym będzie obejmowała tylko i wyłącznie zakwaterowanie i wyżywienie, z wyłączeniem alkoholu i będzie zależna od ilości dób hotelowych. Generalnie chodzi o to, żeby cenę spotkania ograniczyć do minimum.

Jeżeli macie jakieś pomysły dotyczące czegoś takiego, mówcie. Jestem otwarta. Zapraszam do współpracy osoby, które chciałyby pomóc przy organizacji całości. Mail, bez zmian. itcamp@interia.pl (czemu interia? Bo na gmailu już ktoś wykorzystał). W razie czego, szukajcie mnie na #listekklonu.

Podsumowanie poprzedniej edycji (która została odwołana w ostatniej chwili)
Dla mnie to było spore doświadczenie. Wiem ile się trzeba ponajeździć, pozałatwiać. Trochę tego jest. Przynajmniej już wiem, jak to się robi. Wszystko od strony organizacyjnej było dopięte na ostatni guzik.
Za czuwanie w gotowości chciałabym szczególnie podziękować.
- Gynowi. Chłopak się przygotował i w ogóle. Szczerze, nawet bym go o to nie podejrzewała. Szkoda, że w przyszłym roku raczej go nie będzie :(. No chyba że będzie wśród młodych przyszłych fachowców promował technologię swojej nowej firmy. W co wątpię, gdyż w dziale promocji raczej nie pracuje.
- Zespołowi Szkół w Witnicy. Sprzęt był już przygotowany do transportu, gdy dostali informację o tym, że nie będzie go po co transportować. Ale mimo wszystko, za gotowość należą się podziękowania.
- Mojemu wójkowi Marianowi Piątkowskiemu, który nie policzył mi kary za to, że „blokowałam” miejsca, które czekały na gości, którzy nigdy nie zostali przyjęci.
- Komeniuszowi, za wykonanie strony.
- A także wszystkich tych, którzy zaangażowali się w organizację niedoszłej imprezy.
Chciałabym przeprosić tych, którzy nie z mojej winy musieli trochę dłużej poczekać na zwrot kosztów.

W czym kodować helloworldy?
Często młodzi użytkownicy linuxa (w tym ja) maja taki dylemat. Oczywiście, są IDE (Integrated Development Environment czy jakoś tak podonie. Po naszemu zintegrowane środowisko programistyczne, czy tam developerskie jak kto woli), ale nie nadają się moim zdaniem do mniejszych projektów. Takich na max 5 plików źródłowych + nagłówki. IDE dokłada trochę swoich plików, żeby później otworzyć i wszystko było pięknie ładnie jak przed zamknięciem. Tak, fajnie, ale te programy sporo ważą, a mnogość tworzonych plików może narobić bałaganu. Są przydatne, ale wyłącznie, gdy mamy jakiś megaprojekt do wykodzenia. Ale wróćmy do naszych beginerowskich „hello worldów” które za 1 razem mają więcej błędów niż linii w kodzie. ;) Mi spodobał się domyślny edytor tekstowy gnoma Gedit. Takiej zabawki brakuje mi pod windą. I chyba kiedyś sobie taki edytorek zrobię. Na początek, polecam instalację pakietu gedit-plugins. (komendą #apt-get install gedit-plugins) Następnie włączenie wszystkich wtyczek (edycja-> preferencje). W tej chwili praktycznie mamy kombajn do robienia wszystkiego, co związane z tekstem. Składnia wielu skryptów jest podkreślana. Tagi dla latexa i htmla generują się same (w panelu bocznym). Ale najciekawsą rzeczą jest panel dolny. Przyda się każdemu programiście. Mamy wyjście powłoki, konsolę pythona i terminal. Oczywiście wtyczki można skonfigurować i zamiast gterma dać terminator czy coś. Automatycznie też mamy opcję „buduj projekt”, która wykonuje make w katalogu, w którym leży edytowany właśnie plik. Mi najbardziej podoba się opcja numeracji wierszy (edycja->preferencje), wyróżnianie składni (widok) i okienko terminala na dole. U góry piszę kod, na dole kompiluję i widzę gdzie, w których liniach mam błąd. Mogę poprawić, zapisać i jeszcze raz skompilować, wciskając w terminalu poniżej strzałkę w górę. Oczywiście mogę edytować we wtyczkach jak ma wywołać maina (narzędzia-> buduj) czy jaki terminal otworzyć. Ciekawą opcją jest jeszcze zapisywanie sesji otwartych plików (plik-> saved sessions-> save current session). I już mamy prawie IDE. A przynajmniej jeżeli chodzi o otwarcia plików „hurtowo”. Oczywiście dolne okienko, podobnie jak i boczne można zamknąć. I już mamy więcej miejsca na tekst. W pasku bocznym mamy takie ciekawostki jak listę otwartych plików (jak na kartach, ale możemy robić na nich operację zapisu czy otwarcia w nowym oknie bez zmiany aktywnego okienka.), wbudowaną przeglądarkę plików, podręczną tablicę znaków, czy zbiór znaczników.

Moim zdaniem, gedit to na prawdę spoko edytorek. Choć wygląda całkiem niepozornie, ma w sobie naprawdę wielką moc.
Gedit + terminal. Nie wiem jak wy, ale mi to zwykle wystarcza.

BTW, jeżeli ktoś już się naprawdę uprze na IDE, polecam code::blocks (ale wymaga kompilatora, w odróznieniu od innych IDE. Jeżeli mamy kilka różnych, pozwala nam wybrać domyślny. W przypadku Linuxów, zwykle i tak pierwszą rzeczą którą się instaluje jest pakiet build-essential, a od niego zależy min g++ i make, więc kompilator jest). Code blocks nie syfi tak. No jeżeli masz duży projekt, wtedy spokojnie Anjuta, kdevelop czy eclipse.

 ”Byłam w tym miejscu, gdzie człowiek na ziemi już dosięga piekła bram…”
 
 I w tym miejscu przyszło mi zdobywać średnie wykształcenie. A co, obsmaruję ich, bo na to zasługują. Ku przestrodze.
 No więc tak, miałam wielką nieprzyjemność być przez 4 lata „uczennicą” ZS witnica. Praktycznie od początku chciałam tą szkołę wyrzucić, ale nie chcieli mi papierów wydać. Jako że już nic mnie tam nie trzyma, napiszę prawdę o tym, co się tam dzieje.
 
 Wszystko co wydaje się zbyt piękne, okazuje się tajemnicą bez pokrycia. Lekcje odbywają się normalnie tylko ok. 2 pierwsze tygodnie września. Potem?
 Będą mieli cię w dupie. O wszystkim ważnym będziesz się dowiadywał od kolegów z innych szkół. Danych do logowania w OKE też ci nie dadzą. Plan jest układany najgorzej jak może być.
 No jedyny plus to to, że mieliśmy darmowe dojazdy.
 Szkoła inwestuje tylko w sport, i to widać. A reszta? Podłogi takie, że idzie się przewrócić, kolorowe okna, „miski”… „Szkoła docenia artystów (…)” na pewno? Ta, popytajcie się dziewczyn z 3 lo obecnej. (jak kończyłam 2 lo, tam gdzie moja siostra chodziła, ale zmieniła szkołę i chwała jej za to.) Mimo że byli na jakimś durnym projekcie do późnego wieczora, nie dali im możliwości skorzystać z prawa, które ma każdy uczeń w polsce. JEŻELI DO 18 Z POWODÓW SZKOLNYCH JESTEŚ POZA DOMEM, MASZ NIEPRZYGOTOWANIE GRATIS.
 O podłogi w szkole idzie się przewrócić. Wiem, bo nie raz wywinęłam tam orła. Grzać zimą też nie grzeją. Jest zimno, i nawet nie ma gdzie kupić gorącej herbaty na rozgrzanie. A kiedyś jeszcze był sklep…
No ale o ile za Jasickiej było w miarę normalnie….
A co ja wam będę mówić. Kto zna sytuacje, ten wie.
Przejdźmy do lekcji. Teraz już się nie boję mówić. Może po kolei. Tylko nie wiem od czego zacząć.
Najlepiej od góry.
Język polski u pani Jasickiej. Nadawała się na dyrektorkę. Do polityki też się nie nadaje. Ale na prawdę nie wiem kto ją dopuścił do funkcji nauczyciela. Terror na lekcji. Wyzywała nas od najgorszych. Dziwne, że te WSZYSTKIE TE NIEUKI Z EPOKI KAMIENIA ŁUPANEGO (jej słowa) zdały maturę za pierwszym podejściem. Miałam 75 i 76% na maturze, a z Polskiego 2 na koniec. Chcecie wiedzieć za co? Mściła się za to że na olimpiadę tej pracy nie oddałam. Mogę ją na dniach uploadnąć, o ile mam ją jeszcze. Chciałaś maczać w tym palce tydzień wcześniej? To jej w ogóle nie oddałam.
Religia. Oglądanie filmów i oceny za przepisywanie zeszytu. Ręka boli, ale pisze się dalej. 1 temat – 3, 2 tematy – 4 a 3 tematy 5. Za to byliśmy oceniani na religii. Każda próba rozmowy na tematy religijne kończyła się oburzeniem ze strony księdza. Nawet modlitwami za błądzącego i innymi herezjami.
Co do repertuaru: Kroniki Ritika, Huligans, i czasami jakiś stary polski z cyklu 10 przykazań czy 3 kolory. Ja te filmy olewałam, to miałam przegrane u księdza.
Wychowanie do życia w rodzinie. No z Panią szło na prawdę na te tematy porozmawiać. Nie mam większych zarzutów.
Angielski zawodowy. To w ogóle mieliśmy taki przedmiot? No taaak, kilka lekcji się odbyło. Tak około 1 miesięcznie (planowo 2 razy w tygodniu). Tak to mieliśmy normalny angielski. Pani sama się przyznała, że się na tych sprawach nie zna. Powodzenia. Gratuluję doboru kadry. Do zwykłego angielskiego aż takich zastrzeżeń nie mam. No, może poza tym, że Mister Nowakowski  odszedł za szybko:(.
Niemiecki. Czy tu w ogóle trzeba coś pisać? Panią Mikę pamiętają nauczyciele naszych nauczycieli i nie mają o niej dobrego zdania. No zwłaszcza kobiety. Ostrzegała mnie przed nią już wychowawczyni w gimnazjum. Też z nią miała. Poza tym, nie będę się rozpisywać. Zapytajcie kogokolwiek. Dziewczyny mdleją przed gabinetem, inne mają gęsią skórkę… O tym co się na lekcji dzieje pisać nie będę.
Historia, WOS. Adiego wszyscy znają. Nikt go nie dopuszcza do głosu. Kiedyś sobie za dużo pozwolił (jeszcze zanim my się w szkole pojawiliśmy) i fama idzie z pokolenia na pokolenie. Szkoda mi tego człowieka. Nawet jak próbuje coś mówić, wszyscy mają go gdzieś, tylko patrzą by go zjechać i wyśmiać się mu w twarz.
WOK. Tu ciężko mieć zastrzeżenia. Na prawdę ludzka kobieta prowadziła. Pani Zaborowska zarówno potrafi zagadać, ale nie pozwala sobie na takie traktowanie jak pan Wośkowiak. Mimo jej pogodności, nikt jej na głowę nie wskakuje. Tak trzymać.
Matematyka. Trochę sobie ją olałam, bo prowadzący też potrafił sobie to olewać. Lekcji z teorii prawie żadnych. Potrafił nawet nie przychodzić na lekcje. Z proglamowaniem jeszcze gorzej. Przez ostatni rok odbyło się tylko 3 razy. Policzyłam po wpisach z pamiętnika. Już go zresztą nie ma. Spłonął kilkanaście min temu na rozpałkę. Aha, miało być 4, sorry nie policzyłam egzaminu klasyfikacyjnego. JEŻELI JEST MNIEJ NIŻ 3 FORMY OCENIANIA, TO SIĘ COŚ TAKIEGO PISZE.
Fizyka. No widać że pan R. G. (Nie mylić z Roman Giertych, jak to pan Golis lubiał mówić) na prawdę się przyłożył. Skąd ja znam ten styl? Czyżby pan R. należał do społeczności, która ceni sobie wolność ponad wszystko? Nie powiem, po stylu miałam takie podejrzenia. Wiele szans, podejście super. Tłumaczył tak, że do każdego dochodziło. Nawet jak się miało tą 2 to się miało poziom. Bierzcie z niego przykład. Ostro wymagał, ale nie zostawiał nas z tym samych. Nie no, nie obwiniam go za zbyt niski wynik matur. 2 powody niezależne ani od niego ani ode mnie na to się złożyły.
1) Miałam bolesny okres (stąd taki cienki wynik 2 ostatnich matur)
2) Miałam rok przerwy i podejście trochę się zatarło
Jedyne, czego mu nie odpuszczę, to tego zera po tym, jak w trakcie pisania wzoru (pv=nRT znałam go) obsunęłam się na podłogę ze stresu. Nie symulowałam wtedy.
No cóż, ja to się lubię chwilami w Małysza bawić, ale w końcu od mistrzów się uczę.
Chemia. Wszyscy oprócz mnie rżną, grają w siatkówkę nadmuchanym kondomem. Pamiętam taką sytuację jak wypryskali na mnie i na Olkę po 2 dyzodoranty axe („Efekt eks. Jak poczuje męski perfum to rzuci”). PO tej akcji pani nie pozwoliła na otwarcie okien. Mało brakowało bym zemdlała. A może i byłoby lepiej.
Biologia. No cóż, nic się nowego z bioli nie nauczyłam. Ale nie z winy prowadzącej zajęcia. Po prostu w Gim mieliśmy dobrą panią od biologii i wszystko pamiętałam. Ludki mówili że też szło łatwo ściągać.
Geografia. Nie ma co komentować. Tam się nic nie działo. Z tym że teksty profesora, czasami wulgarne. Może w następnym poście zacytuję, jak znajdę kartkę z cytatami. Też się pośmiejecie.
-Proszę pana, mam pałę?
-Kto cię wystrugał kolo. Mnie się pytasz? Idź do kibla i se sprawdź czy masz pałę. Dzieci, czy wy w ogóle macie matki?
Ten tekst najbardziej pamiętam. Nauczyłam się na pamięć.
pp, po- bez zastrzeżeń.
Przedmioty zawodowe
No cóż. Można się nauczyć bardzo dużo
-Co to jest Head shot, co oznacza kampienie, co to jest paka, jak się kupuje broń…
CS rox, nauka sux. Tak to wygląda. Jak lekcje są (rzadko) to ostro, nie powiem. Ale jak nie ma to… normalka. Chłopaki grają, ja pisałam na ircu i czytałam książki.
No z OB cośtam się robiło. Z pozostałych pojedyncze przypadki. „Dzisiaj ma być lajcik nooo. My mamy teraz taki ciężki tydzień… Tyle nauki…” A ci wciągali te ściemy. Szkoda mi ich. Wiadomo, w społeczeństwie IT jest taka zasada, że nic na siłę. A że większość nie chciała się uczyć. Olewało się nauczycieli… Co oni biedni mogli? Nie będę się za dużo rozwodzić, bo jakaś solidarność zawodowa podobno istnieje, a nie chcę podpaść.

Ogólnie, mam żal do nich. Nawet o to, że nie poinformowali mnie o terminie wyników z zawodowego.
Dobra, zmęczyłam się.

Zaznaczam, że żądam usunięcia wszystkich zdjęć z moim udziałem z galerii na szkolnej stronie. W razie czego retusz czy coś, bo nie chcę, aby ktokolwiek identyfikował mnie z tym miejscem.

I nie obchodzi mnie kto to czyta. Wiem, że parę osób jeszcze mnie zostawiło na gg, mimo że ja ich konta dawno z listy wyrzuciłam. W kadu jest taka usługa, co pokazuje kto mnie ma. Ja wiem o tym. Ale wiecie co? Mam gdzieś że to czytacie. Chcecie mi zakładać sprawę za zniesławienie, to sobie zakładajcie. Też wam założę, z innego powodu. Znam jedną osobę, która podobną sprawę wygrała. Skończyło się na odszkodowaniu i pakiecie szkoleń.

Nie jednemu z was zdarzyło się, że dostał plik tekstowy o innym kodowaniu niż ma ustawione w systemie czy z innego systemu o innym przedstawieniu znaku końca linii czy… Jednym słowem, wykrzaczony plik. Co z takim zrobić? Ano najłatwiej otworzyć go w przeglądarce internetowej. Nie trzeba edytorami kombinować. W razie czego, skopiować tekst z przeglądarki i wkleić do edytora tekstu. To jest imho najszybsza metoda na przekonwertowanie go. (Aj znowu ten haos).

Obecne mikroprocesory „liczą” dwójkowo. A co by było gdyby wprowadzić trzeci znak? Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym. Postanowiłam spisać nawet najgłupsze wariacje na ten temat. Szczerze, zastosowanie „trzeciej wartości” wymusiłoby przebudowę elektroniki (jej uproszczenia tak nawiasem), co wiązało by się z kosztami. Jak ktoś chce pokombinować, można takie zachowania emulować programowo, ale niestety z 50% utratą zasobów.

Wartość trzecia, minuspierwsza albo jak ją tak zwał (przykładowe zastosowania):

  • * Coś nie branego pod uwagę, ale istniejącego (jak gen recesywny w biologii)
  • * Coś nieoznaczonego lub zależnego od sytuacji (albo przyjmuje 0 albo 1. Pomocne przy randomizacji)
  • * Wartość sterująca w przypadku sieci neuronowych
  • * Może być wartością znakową w liczbie (w systemach wachadłowych* na przykład).
  • * Mógłby być to wildcard binarny (odpowiednik „*”,”?”czy „%”, który mógłby przyjmować wartości 0 lub 1)

Trzecia wartość mogłaby być używana tylko w niektórych przypadkach.

Mogłaby też być używana do liczenia systemu trójkowego, co zmniejszyłoby zapotrzebowanie na pamięć wyniku. W elektryce jest możliwe użycie +, – i 0, przy zastosowaniu prądu zmiennego. Obecnie prąd jest konwertowany tak, że + czy – to 1 a 0 to 0.

Jest jedno ale. -1 albo 2 nie ma odbicia w logice boolowskiej, ani w żadnej innej. Prawda, fałsz, co jeszcze? Co mogłoby osiągnąć dodatkową wartość? W myśleniu abstrakcyjnym byłoby „nie wiem”, „chyba”, „zależnie od” albo co kolwiek. Oby nie. No jakby kompy zaczęły myśleć abstrakcyjnie, mogłyby przejąć kontrolę nad wszechświatem i wytłuc życie, ulepszać same siebie i… i… i… A poczytajcie sobie literaturę SF i wyobraźcie sobie co mogłoby się stać.

*Systemy wachadłowe, są to niepozycyjne systemy liczbowe, o ujemnej podstawie systemu.

Za co uwięziliście informację?
Co wam zrobiła, że zamknęliście ją?
Ukryliście przed oczami, które chciały ją zobaczyć.
Ukryliście przed głowami, które chciały ją przeanalizować.
Czy dlatego, że jej ujawnienie jest nie w interesie jednostek?
Czy dlatego, że jej ujawnienie jest w interesie całej społeczności?
Wstydźcie się władze.
Za zamknięty kod źródłowy.
Za tajne zdjęcia na serwerach NASA.
Za ustawy, które przeszły poza naszymi oczami po tragedii smoleńskiej.
Za książki zatrzymane przez cenzurę.
Za wiadomości, które nie ukażą się nigdy w TV.
Za to wszystko, co nie zostało ujawnione, bo ktoś miał w tym interes.
Za wszystko co tajne przez poufne.
Poza tym, nie dziwię się, że są jeszcze osoby, które chcą o tą wolność walczyć.
„wolności o którą nikt nie zawoła, bo ktoś nas przekona swym ciepłym głosem”
Tylko że oni są wrogami publicznymi numer jeden. Ich się kara. Przecież wiadomo, że kto za dużo wie, jest niewygodny dla władz co nie?
„To nie czołgi wyszły na ulicę,
lecz ty niewyszedłeś wtedy z domu.
Gdy było jeszcze o co krzyczeć,
Gdy było jeszcze krzyczeć komu…”

Poza tym, nie tylko władze. Są jeszcze korporacje, banki….
I kij wie co jeszcze.
Moim zdaniem, należy im się szacunek. Nie władzy, nie adminom, nie służbom specjalnym, nie utajającymi wynikami badań instytutami naukowymi.
Dobra starczy na dziś.

Cytaty pochodzą z piosenki „Klatka” M. Lechowicza

Dobra, w
końcu to napiszę. Czuję się cholernie zagubiona. Nie wiem czemu. Jakbym żyła w
2 światach, a oba są dla mnie cholernie obce. Nie wiem kim jestem, a tym
bardziej kim chciałabym być. Chwilami się boję samej siebie. Do tego dochodzą
toksyczne myśli o przyszłości i wyrzuty że przeszłość zmarnowałam. Przepraszam
wszystkich, których zawiodłam. Chciałabym uciec, ale się nie da. Bo niby gdzie?
Poza tym uciec też się boję.

Mówi się
trudno. Zmarnowałam swoje życie. Za późno by je naprawiać. Nie mam już nadziei.
Najgorsze jeszcze przede mną, a ja już nie mam sił.

Do tego ta
świadomość, że świat idzie do przodu a ja stoję w miejscu. Żyję tylko tym co
było…. Tym co mnie jeszcze bardziej dobija. Take my fear and change it…

W każdą noc z
31 grudnia na 1 stycznia przepłakuję, gdy inni się bawią. Tak żal mi kolejnego
zmarnowanego roku. A przecież miałam możliwości. Znów jak Małysz zganiałam na
„wiatr”, czymkolwiek by nie był. Zawsze szukam wymówek, zamiast wziąć się do
roboty. Brak mi motywacji? A może raczej celu?

 

„Wiele lat
się czeka aby znaleźć swoje miejsce.

Wiele lat się
szuka miejsca które da ci to szczęście.”

 

Ja chyba
jeszcze nie znalazłam. Nie mam nawet siły szukać. Chciałabym zakończyć ten
rozdział w swoim życiu, ale brnę w niego dalej, zamiast grzecznie zamknąć ten
rozdział w historii. Piszę to ze łzami w oczach, ale kij. Niech sobie idzie.

Dobra idę.

 

„A teraz  śpij i zapomnij o tym

Co widziałeś,
co słyszałeś co przeżyłeś i

Pomyśl że to
sen, że to w cale nie działo się

Tak będzie
lepiej.

Śpij


  • RSS